ISLANDIA
Każdy ma jakiś Swój Prywatny Mount Everest.
I czasem gotów jest poszarpać nawet ostatnie portki, żeby na niego wleźć.
O Islandii marzyłem już od dawna. Wyczytałem i nauczyłem się na pamięć
wszystkiego co było dostępne - nawet pamiętnego artykułu w ŚM gigantów,
którzy objechali wyspę na pohitlerowskich Zundappach.
Nic co naprawdę wartościowe nie przychodzi łatwo.
Tak też było z naszym wyjazdem. Przygotowania zajęły równo 2 lata i były...
no, nieźle popierdolone.
Trzeba było pokonać trzy zasadnicze problemy:
Po pierwsze, drugie i trzecie: KASA
A konkretnie kasa za prom. Przeliczając po kursie z dnia wykupienia biletu
(czerwiec 2003) wyszło 4021 zł na osobę + moto w obie strony.
Taka kwota była dla nas zaporą absolutną i już. Próbowaliśmy różnych rzeczy.
Znaleźliśmy nawet sponsora, który oferował nam swoje motocykle na wyprawę,
ale po paru miesiącach wycofał się z odpłatności za promy, więc daliśmy sobie
spokój z dalszą współpracą. W poszukiwaniu kasy zmieniliśmy motocykle na tańsze -
Dada sprzedał wychuchanego DR Biga i kupił wysłużoną Africę RD04, przy której
spędziłem sporo upojnych godzin, by zapewnić jej wystarczającą sprawność.
Ja natomiast, pozbyłem się ze łzami w oczach najwspanialszej maszyny turystycznej
jaką stworzono na tej planecie; czyli BMW R100GS Paris - Dakar Classic i kupiłem Transalpa,
którego znienawidziłem od pierwszego wejrzenia. Tak oto miłość do sprzętu spłonęła na
ołtarzu chęci poznania świata, ale srał pies uczucia, kiedy taka przygoda czeka!!
Tak się składa, że trochę później dane mi było sromotnie odszczekać wszystkie obelgi
jakie lekkomyślnie ciskałem na tego niepozornego bzyka - spełnił w 101% wszystkie
wymagania i podołał tam, gdzie inne jeździdła dawno by wymiękły.
Przygotowanie maszyn (nowe opony, drobiazgowe przeglądy i regulacje, wymiany płynów itp.)
oraz skompletowanie sprzętu turystycznego; w tym dorobienie specjalnych szpilek do namiotu
itp. załatwione były już od dawna.
Pozostała jeszcze tylko parodniowa randka w garażu z pożyczonym migomatem
(dzięki Ci jeszcze raz, Karamba!), w trakcie której spłodziłem pancerne gmole i bagażniki.
Potem solidne zakupy chińskich zupek itp. liofilizatów, konserw, sucharów etc.
(Hurra!! Przecena w TESCO!!). Oczywiście trzeba było też skoczyć do Czech po rum
(Pozor: najlepsi je od Martina Placka!), który jest najlepszym i najtańszym środkiem
do dezynfekcji wody jaki znam. I najsmaczniejszym.
Potem trzeba było drżącą ręka wywalić resztę krwawicy na biurko pani w biurze Polferries,
za fax-voucher, który na przystani promowej wymienia się na normalne bilety, no i można
się było pakować.
Po całej masie podobnych zabiegów przyszedł w końcu TEN dzień. A właściwie noc.
Czwarty lipca, godzina mniej więcej 4:00. Zaspani jak małe psiaki, wytoczyliśmy nasze
objuczone sprzęty i potoczyliśmy się dziarsko na zachód.
Uwaga! Mam pytanie! Czy kiedy rozpoczynacie jakąś dłuższą wyprawę, to przez pierwsze 10 km
jedziecie napompowani po rzęsy jakąś taką dziwną euforią i radością? Że w końcu się udało,
i nareszcie cały ten syf zostaje za plecami, a przed Wami już tylko wolność i sama radość
życia bez śmietnika codziennych spraw? Każdy pewnie odczuwa to inaczej, ale dla mnie te
pierwsze 10 km, to prawie jak orgazm. Rzućcie jakiegoś posta, jeśli czujecie podobnie.
Niemieckie autobahny dłużyły nam się niemiłosiernie. Już wiem co czuł Kolumb, kiedy
uparł się, że jednak odkryje tą cholerną Amerykę, a Atlantyku jakoś nie ubywało i nie
ubywało... Od Berlina, aż do granicy Danii jechaliśmy w deszczu równie nudnym i
jednostajnym jak cała germania. Na stacji benzynowej niedaleko Redensburga miało miejsce
małe ożywienie akcji. Dada zapomniał na chwilę o ekstremalnie szerokim objuczeniu swojego
sprzętu i zahaczył kufrem stojącego Transalpa. W efekcie prawe lusterko przez dalszą drogę
pokazywało świat za moimi plecami jako układankę z kanciastych puzzli, a końcówka dźwigni
hamulca oddaliła się w kierunku trawnika po krzywej balistycznej.
Jako, że głupio się gania w deszczu po autostradzie bez przedniego hebla, udaliśmy się na
poszukiwania czegoś, czym dałoby się dźwignię zastąpić. Oczywiście mieliśmy zapasową...
ale tylko sprzęgłową. W końcu trafiliśmy na odpowiedni sklep, kupiliśmy co trzeba i temat
został definitywnie zakończony.
Pod koniec tego mozolnego i nudnego dnia wylądowaliśmy w jakimś podmokłym lasku gdzieś w
geometrycznym środku Danii.
Następny dzionek był pogodny jak malowanie.
Przemknęliśmy przez cukierkowatą, czystą i schludną Danię i spokojnie doturlaliśmy się do
przystani promowej w Hanstholm.
Byliśmy trochę za wcześnie więc poszwendaliśmy się po nabrzeżu, pogadaliśmy z polskimi
rybakami, których trawlery (chyba 8 jednostek) akurat parkowały w porcie i w końcu
załadowaliśmy się na prom.
Sam prom Norrona gdzieniegdzie śmierdział jeszcze świeżą farbą; był zwodowany wiosną
2003 - to jego pierwszy sezon, w którym zastąpił starą łajbę o tej samej nazwie.
To jedyny prom samochodowy obsługujący połączenie z Islandią. Od zeszłego roku miał
kursować przez cały rok - do tej pory latał tylko od wiosny do jesieni. Załoga liczy ok.
100 osób, z czego równo 50 stanowią Polacy. Dowiedzieliśmy się o tym w trochę niefortunny
sposób; uświadomiła nam ten fakt stewardesa, w czasie kiedy wymienialiśmy kilka uwag na
temat jej wdzięków :) Ale i tak wszyscy przecież wiedzą, że nie ma to jak zdrowa Polska
dziewucha :)
Razem z nami wjechało na pokład ok. 20-30 innych motocykli. Do tego na Wyspach Owczych
(o tym potem) dosiadło się jeszcze ok. 15 maszyn płynących z Bergen w Norwegii.
Były tam prawie wyłącznie cięższe lub lżejsze wyroby enduropodobne, z czego znaczna
większość z Niemiec. Statystycznie rzecz ujmując, najwięcej było maszyn BMW serii GS,
przy czym tych 2 zaworowych było mniej więcej tyle samo, co pozostałych beemek.
Przy okazji ształowania maszyn w specjalnych bramkach na pokładzie samochodowym, poznaliśmy
kilku fajnych typów. Zresztą po samych maszynach widać, że przeważały "wytrawne globtrotuary"
- naoglądałem się na ich kufrach nalepek z całego świata, ale tylko jeden stary dziadek
na rowerze przyznał się że był w Polsce... Był z Belgii więc nic dziwnego - niemieccy
turyści jak wiadomo do Polski nie jeżdżą, no chyba że w celu podziwiania "dawnej ojczyzny"
albo po odbiór cudem znalezionego auta. No... może trochę przesadziłem, ale niewiele.
Była też na promie ekipa rowerowa z Australii, ale nie chcieli z nami gadać. Uznali nas
za "niehigienicznych" kiedy się dowiedzieli, że to co wkręcamy na obiad, to
przeterminowane musli z przeceny, zalane wodą z kibla i czeskim rumem dla dezynfekcji ;-))
Chyba coś popieprzyliśmy w czasie tłumaczenia, ale bariera językowa była zbyt wysoka.
Nasz "easy english" nadaje się może do sklecenia zapytania o drogę do toalety na dworcu,
ale bardziej wyszukane konwersacje niestety nam nie wychodzą.
Najtańszy bilet obejmuje nocleg w tzw. kuszecie, czyli stalowej klitce o wymiarach
2,5 x 4,0 m. W taką konserwę wciśnięto po trzy, dwu- lub trzypiętrowe łóżka.
Z Danii na Wyspy Owcze było nam dane płynąć w 6-cio osobowej wersji, a potem w 9-cio
osobowej. Totalną bzdurą w takim apartamencie są drzwi - wąskie, dwuskrzydłowe,
otwierające się tylko do środka. Ciężko przez nie przeleźć na zewnątrz, zwłaszcza z
bagażem pod pachą. Nie chcę nawet myśleć co działoby się w przypadku paniki na
pokładzie...
Poza tym felerem, łajba jest naprawdę super. Cicha, prawie bez wibracji (nie to co
nasze Bałtyckie brytfanny) i świetnie wyposażona. Za friko można wymoczyć się w basenie,
odgrzać gnaty w saunie, a nawet pokiwać czymś ciężkim na siłowni. Tylko solarium jest
na monety, ale to przybytek dla dziewczyn i gejów w dresach.
Mają tam oczywiście sklep wolnocłowy. Markowe gorzały są faktycznie tańsze, ale browar
był tylko w 2 gatunkach i małych opakowaniach, do tego po niezbyt ciekawej cenie.
No cóż, jak się chce włóczyć po świecie, to trzeba się czasem pogodzić nawet z tak
porażającą tragedią jak brak zasilania w piwo.
W holu na jednym z pokładów wisiał sobie na ścianie spory ekran pokazujący zrzutkę z
monitora komputera nawigacyjnego. Fantastyczna zabawka - mieliśmy w real time pokazaną
pozycję łajby względem lądu, kurs rzeczywisty i pozorny, prędkość i kupę innych informacji.
Można było przewidzieć kiedy będzie się mijało platformy wiertnicze albo wysepki, a
nawet obserwować jak Norrona manewruje w porcie, zręcznie jak wózek widłowy z paletą
marmolady.
Cały następny dzień szwendaliśmy się po promie i korzystaliśmy z czego się da. Poznaliśmy
sympatycznego niemiaszka - akurat czytał "Dzienniki Gwiazdowe" Lema. Przyjechał oczywiście
R100GS P-D, bo niby czym innym? Zresztą był już nim w Indiach i Afryce, więc wie co jest
wart, ale mówił że ma ostatnio problemy z prądami. Próbowałem mu wytłumaczyć, że po takim
przebiegu lubią się kończyć szczotki w alternatorze, ale i to lingwistycznie zadanie
znacznie mnie przerosło. Za to bez problemów zrozumiałem jego opinię, kiedy dowiedział
się, że też miałem taki sprzęt, ale go sprzedałem i kupiłem Transalpa. Gość użył
wtedy międzynarodowego gestu oznaczającego gwałtowny odruch wymiotny... Przyznałem
mu rację, po czym cały zdołowany zakończyłem rozmowę i poszedłem się zdezynfekować
rumem dla pocieszenia.
Po dwóch dobach pływania przyszedł czas trochę pojeździć. Przed piątą rano (czasu
lokalnego, czyli CET-1) pokładowa szczekaczka oznajmiła w 5-ciu językach, że trzeba
zbierać manele i spadać, bo prom właśnie cumuje w Torshawn na Wyspach Owczych. Zgodnie
z rozkładem jazdy mamy tu przymusowy postój przez 2 dni, w czasie których Norrona zasuwa
do Bergen w Norwegii po następnych chętnych na szwendanie się po Islandii.
Mieliśmy szczerą ochotę zejść na suchy ląd, ale nam nie wyszło. A to z racji braku
takowego... Wyjechaliśmy z promu prosto w przecudną, orzeźwiającą ulewę, która co parę
godzin zmieniała się w mżawkę itd. No i fajnie. Przynajmniej się nie kurzyło.
Kawalkada Defenderów, Pajero, Landcruiserów, Trooperów, Patroli itp., razem z GS-ami,
Africami, XT-kami, KLR-ami, Tenerami, BIG-ami i małym stadkiem rowerów ruszyła grzecznie
prosto na kemping lub do hotelu. A my oczywiście potoczyliśmy się prosto przed siebie,
bo niby co innego można zrobić z tak pięknie (i wcześnie) rozpoczętym dniem?
Ktoś, gdzieś, kiedyś napisał, że Wyspy Owcze są nieciekawe i że nie ma tam nic godnego
uwagi. Widocznie tam nie był, albo jest kretynem. Wprawdzie nie ma tam McDonaldów,
katedr czy cerkwi z pozłacanymi kopułami, ale klimat tej krainy jest fantastyczny!
Ciche, opatulone chmurami, potężne masywy zielonych wzgórz, ciągnące się w zamgloną
nieskończoność działały na nas jak muzyka medytacyjna dla kobiet w ciąży.
Wąskie i kręte, ale w super stanie, drogi prowadziły nas w głąb świata, jakby pokrytego
zieloną wykładziną podłogową.
Do popołudnia, zgodnie z tutejszym klimatem, niebo wydzielało znaczne dawki wilgoci.
Żeby nie rozcieńczać sobie nadmiernie paszy, zmuszeni byliśmy do poszukiwania różnych
namiastek dachu, pod którym dałoby się zmontować coś do żarcia.
Za to bieżącej wody było wszędzie pełno.
Przy okazji przyswajania kawy pod wiatą przystanku autobusowego, poznaliśmy fajne
dziewczyny z Grenlandii. Nasi rybacy spotkani w Hanstholm opowiadali, że Inuici są
wyjątkowo szpetną rasą, ale okazało się to totalną bzdurą, jak większość tego typu
uprzedzeń.
Po południu zaczęło się wypogadzać i odtąd, aż do końca naszego pobytu na Faroe Island
mieliśmy niespotykanie piękną (czytaj: suchą) pogodę.
Korzystając z tego daru natury szwendaliśmy się po górkach, bawiliśmy się w ganianego
z owcami, których całe tysiące łażą gdzie popadnie po całej wyspie i podziwialiśmy
Atlantyckie wybrzeże.
Jedyny problem z jakim się borykaliśmy, to znalezienie możliwie mało obsranego przez
owieczki i inne bydło, miejsca na rozbicie namiotu...
Łażące luzem zwierzaki bywały bardzo ciekawskie i trochę natrętne - stado młodych byczków
prawie zżarło nam namiot, a owca - złodziejka wydłubała Dadzie butelkę oleju silnikowego
z bagażu. Na głupią owcę wystarczyło porządnie wrzasnąć, ale przeprawa z bykami była
trochę trudniejsza - na szczęście cała ta corrida skończyła się bez ofiar w ludziach,
sprzęcie i rogaciźnie.
Ani się obejrzeliśmy, a dwa dni przeleciały i trzeba znowu ładować się na prom.
Następnego dnia - czyli w czwartek (10.07.03), ok. 8:00 czasu lokalnego stajemy w końcu
na islandzkiej ziemi. Przystań promowa w Seydisfjordur tonie we mgle i ulewnym deszczu.
Na termometrze +4°C, a potężny wicher radośnie huśta naczepami TIR-ów stojących na
nabrzeżu. Celnik na widok naszych zmoczonych gęb, rzuca szydercze "Welcome to Iceland"
i po chwili ruszamy na oślep, realizować nasze marzenia.
Przepychając się przez ulewę i walcząc z wiatrem zasuwamy dziarsko na północ - chcemy
podciągnąć kawałek wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy w kierunku gór Smjorfjoll. Liczyliśmy
na to, że pasmo gór odetnie nas od złej pogody, ale się przeliczyliśmy. Poznaliśmy za
to uroki pokonywania górskich dróg o 3 cyfrowym oznaczeniu - czyli tych raczej kiepskich.
Widoczność była żadna, a szkoda, bo przybrzeżny odcinek drogi 917 jest ponoć całkiem
malowniczy. Z racji utrudnień w podziwianiu bardziej oddalonych obiektów, daliśmy sobie
chwilowo spokój z szukaniem ładnych krajobrazów i przerzuciliśmy się na coś bliższego
i konkretniejszego.
Gnani przez nieustającą ulewę pomknęliśmy mniej więcej na zachód, w kierunku wodospadu
Dettifoss - najpotężniejszego na Islandii.
Nie jest to ani najszerszy, ani najwyższy wodospad, ale przepuszcza podobno większą masę
wody niż inne wodospady na wyspie. Faktycznie - huk robi potężny, a kanion dzikiej,
lodowcowej rzeki Jokulsa a Fjollum robi niesamowite wrażenie.
Kilkadziesiąt km dalej leży następny cud natury - ciąg geotermalnych sadzawek i źródełek
śmierdzącej siarkowodorem pary, czyli wulkan Krafla.
Niesamowite miejsce - ziemia bulgocze, syczy i paruje, a łażenie gdzie popadnie może
skończyć się wdepnięciem w kałużę wrzącego błota, pełnego jakiejś szatańskiej chemii.
Niedaleko leży fantastyczne jezioro Myvatn, pełne niesamowitych formacji zastygłej lawy.
Zatrzymujemy się tam na nocleg, ale będąc pod wrażeniem tej cudnej okolicy zostajemy o
dzień dłużej.
W międzyczasie poprawiła się pogoda i wyjrzało słoneczko, pozwalając lepiej podziwiać
krajobraz jak ze starych filmów S-F. Nic dziwnego, że w tych okolicach ćwiczyli poruszanie
się w terenie, amerykańscy astronauci przed misją Apollo. Park krajobrazowy jez.
Myvatn obejmuje też Dimmuborgir (po islandzku: "mroczne zamki") - skalne miasto
utworzone przez potężne formacje lawy zastygłej w bajecznych kształtach.
Przy okazji pętania się po okolicy okazało się, że jedyna mapa Islandii jaką można
dostać w Polsce (niemieckie wydanie Freytag & Berndt) jest warta tyle co śliczny
kolorowy papier pakunkowy - rozmieszczenie stacji benzynowych jest w niej określone
chyba przez pijanego różdżkarza. Żeby nie stanąć z pustym bakiem na jakimś odludziu,
trzeba mieć islandzkie wydanie mapy drogowej (i kanister).
Dalsza droga wiodła nas przez Akureyri - drugie co do wielkości miasto Islandii,
gdzie zrobiliśmy szybkie zakupy. Jadąc dalej na zachód przez malownicze polodowcowe
doliny półwyspu Trollaskagi, dotarliśmy w końcu w okolice miasteczka Blonduos.
Nasze szutrowe opony zaczęły wykazywać ślady coraz szybszego zużycia, więc na następny
dzień zaplanowaliśmy pierwszy atak na interior. Plan przewidywał przejazd między lodowcami
Langjokull i Hofsjokull na południe, aż do słynnej miejscowości Geysir, drogą F35.
Następnego dnia przyplątała nam się paskudna ulewa, więc nie chcąc tracić frajdy
z podziwiania krajobrazu, spędziliśmy cały dzień w podgrzewanym geotermicznie basenie,
wyłażąc z wody tylko w poszukiwaniu żeru. Rano pięknie się rozpogodziło i zgodnie z
powyższym planem ruszyliśmy naprzód. Droga okazała się w miarę przyzwoita, wbrew
ostrzeżeniom miejscowych farmerów, a widoki na skalistą pustynię między dwoma
lodowcami po prostu zwalały z nóg.
W środku tej dzikiej krainy leży złożona z paru domków osada Kjolur, gdzie każdy chętny
może do woli wymoczyć się w sadzawce zasilanej z gorących źródeł. Jako, że moczenie
mieliśmy już zaliczone, pogadaliśmy tylko ze spotkanym tam Anglikiem z Manchesteru na
BMW R100GS z (po konwersji z R80)'83 i śmignęliśmy dalej na południe.
Droga dalej była w miarę dobra - udawało się zapiąć 4-ty, a nawet 5-ty bieg, a widoki
powodowały zaburzenia w oddychaniu. Po prawej - na zachodzie rozświetlał niebo lodowiec
Langjokull, a po lewej z bezkresnej, czarnej, kamienistej pustyni wyrastała od czasu do
czasu bazaltowa wieża, albo potężny kopiec wulkanu.
Czasem trzeba było przeprawić się przez jakiś strumień czy rozlewisko, ale były na tyle
niewielkie, że udawało się to robić z marszu.
W końcu droga F35, straciła literę F i nawet pokryła się asfaltem, który doprowadził nas
do wodospadu Gullfoss.
W międzyczasie znowu popsuła się pogoda, ale nie na tyle by zasłonić ten wspaniały,
złożony z kilku potężnych kaskad wodospad.
Parę km dalej znajduje się chluba Islandii czyli słynny Geysir - od którego wszystkie
tego typu zjawiska wzięły swoją nazwę.
Niestety, ta sławna sikawka padła ofiarą swojej popularności - zamulili go turyści
wrzucając do wylotu kamyki. Podobno da się go jeszcze obudzić wlewając mu do gardła
parę wiader mydlin, ale nie mieliśmy pod ręką wiadra, a mydło było zbyt cenne.
Na poprawę nastroju ostał się jeszcze inny, mniejszy gejzer - Strokkur, który
radośnie posikuje co kilka minut na ponad 15 m w górę, ku uciesze przemoczonej gawiedzi.
Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie parku krajobrazowego Pingvellir.
W nagrodę za wytrwałość dostaliśmy od Natury przepiękną pogodę, która nie opuszczała
nas przez najbliższe dni.
Pingwellir to całkiem sympatyczne miejsce - pełne zieleni pleniącej się na rozległych polach
lawy i strumieni spadających kaskadami z popękanych, bazaltowych wzgórz.
Nazajutrz czekała nas następna przeprawa przez interior. Tym razem z powrotem na północ,
po zachodniej stronie lodowca Langjokull, drogą 550 i F578.
Od samego początku widoki powodowały u nas totalny opad szczęk. Rozciągająca się wokół
kamienista pustynia miała tym razem kolor czerwono-brunatny, czasem czarny od bazaltowego
pyłu, a gdzieniegdzie zielony od mchu porastającego pola poskręcanej w konwulsjach lawy.
Horyzont urozmaicały kamienne słupy i monumentalne kolosy wulkanów, przykrytych czasem
lodowymi czapami, jak mały lodowiec Ok o wysokości 1141 m n.p.m., czy trochę większy
Porisjokull (1350 m n.p.m.).
W miarę niezła droga gruntowa nr 550 doprowadziła nas w końcu do osady Husafell, gdzie
uzupełniliśmy zapasy paliwa i wody. Przy okazji wrąbaliśmy obiad (nieśmiertelne chińskie
zupki oczywiście i najtańszy chleb z przeceny). W poszukiwaniu jakiegoś spokojnego
miejsca zdatnego do zmontowania obiadu, Dada omal nie utopił Afryki w niewinnie
wyglądającym brodziku. Próbując wziąć z marszu bród na małej rzeczce, trafił akurat
na wypłukaną dziurę o głębokości ok. 1,20 m. Na szczęście wyrwa była krótka i jakimś
cudem udało mu się wygrzebać rozpędem na brzeg, bez zalania maszyny.
Po wysuszeniu Dady i jego sprzętu, ruszyliśmy dziarsko dalej na północ drogą F578.
Teraz już nie szło nam tak gładko jak przedtem - droga prowadziła zachodnim skrajem
płaskowyżu Hallmundarhraun, pokrytym potężnym polem spękanej lawy. Droga wiła się
rozpaczliwie przez wielkie wysypisko czarnego gruzu, pełnego spiętrzonych,
potrzaskanych płyt zastygłej lawy. Trzeba było zredukować do dwójki i mocno uważać,
by nie wpaść w paszczę którejś ze szczelin, jakie łakomie rozdziawiały się po obu
stronach stromego i krętego szlaku.
Pole lawy skończyło się równie gwałtownie jak się zaczęło i znienacka zaryliśmy
się w miałkim wulkanicznym pyle.
Na szczęście ta czarna mąka tuż obok drogi była porośnięta rzadką trawą i na tyle mokra,
że dało się jakoś jechać. Przebrnęliśmy w końcu obładowanymi maszynami przez tą rozległą
czarną piaskownicę i stanęliśmy przed brodem na sporej, lodowcowej rzece Nordligafljot.
Nurt w tym miejscu był bardzo szybki, a szerokość ok. 25 m. Wprawdzie nie było wiele
głębiej niż do kolan, ale dno pokrywały kamienie z których najmniejsze były wielkości
piłki do kosza, więc samodzielny przejazd był ryzykowny. Z przeciwnej strony akurat
atakowała bród ekipa szwajcarów na lekkich enduro - prowadziła zajebiście dziarska
babka w wieku ok. 40 wiosen. Próbowała wziąć bród z marszu, ale na drugim metrze
wywaliła malowniczą figurę i zalała do szczętu swojego KTMa 125. Wywlekliśmy ją
wspólnymi siłami z wody, po czym ugruntowaliśmy przyjaźń szwajcarsko-polską wspólną
akcją transportową pozostałego sprzętu.
Po drugiej stronie rzeki krajobraz zmienił się. Pola lawy i połacie pyłu ustąpiły
miejsca rozległej pagórkowatej wyżynie pokrytej skalnym rumowiskiem, w którym
połyskiwały nieliczne kałuże i strumyki.
Łatwa dotąd do odnalezienia droga, teraz podzieliła się na kilka słabo widocznych,
równoległych śladów pozostawionych przez auta terenowe. Im dalej brnęliśmy na północ
tym było gorzej. W końcu wszystko, co w potocznym pojęciu można by uznać za drogę,
czy szlak znikło zupełnie.
Nie mamy GPS-u, a nawigacja w takim miejscu za pomocą mapy drogowej w skali 1:500 000
i starego ręcznego kompasu, nie zapewnia niczego poza utratą dobrego samopoczucia.
Szukając na czworakach śladów opon na błocie, lub startej gumy zostawionej na
kamieniach przez auta terenowe, brniemy uparcie dalej skacząc naszymi objuczonymi
maszynami z kamienia na kamień, prawie trialową techniką.
Transalp jest stanowczo za niski - wiele razy wieszam go na wyższych głazach, po czym
muszę go kłaść, ściągać z przeszkody, stawiać na koła i próbować jechać dalej. Na
szczęście jest na tyle lekki, że jakoś udaje mi się pokonywać nawet bardzo strome
podjazdy, z czym wielkie problemy ma znacznie cięższa Afryka.
Na jednym ze stromych podjazdów Dadzie udaje się nawet zaklinować tylne koło między
głazami w taki sposób, że Afri stoi idealnie pionowo - z przednim kapciem wycelowanym
w niebo....
Ale wspólnymi siłami, w pocie czoła posuwamy się dalej. Po trzech godzinach gehenny
licznik kilometrów pokazał zaledwie 10 km od brodu na Nordligafljot.
Wokoło od dłuższego czasu nie widać żadnych śladów aut, czy czegokolwiek. Mamy dość.
Stajemy na płytkiej przełęczy, poniżej której błyszczy jezioro, którego oczywiście nie
ma na mapie. Zgodnie z obranym azymutem musielibyśmy przez nie przejechać...
Zostawiamy maszyny i ruszamy na zwiady. Powoli puszczają nam nerwy. Na powrót
prawdopodobnie nie starczy paliwa, a wieczór już blisko. I wtedy stał się cud!
Daleko, na zachodnim brzegu jeziora wypatrzyliśmy 3 małe domki - zabudowania jakieś
zapomnianej farmy. Po następnej półgodzinie mozolnego przeciskania się przez skalne
rumowisko, usmarowani i poobijani wytaczamy się na ścieżkę, która doprowadza nas do
zagubionej F578 i dalej na północ.
Po tym całym hardcorzeniu należał się naszym poobijanym gnatom solidny odpoczynek,
więc następne dni spędziliśmy na lajtowej, beztroskiej włóczędze po Fiordach Zachodnich.
Pogoda była wręcz cudowna - spiekło nas trochę słoneczko, ale kto by się przejmował
takimi duperelami, kiedy od rana do wieczora widoki mijanej okolicy powodowały ostrą
hiperwentylację. West Fjords to magiczna kraina, w której dzikie surowe góry wyrastają
wprost z oceanu. Poskręcane szutrowe serpentyny wiodły nas krawędziami przepaści,
na dnie których pienił się Atlantyk. Miejscami droga schodziła nad sam brzeg, gdzie
czasem korzystaliśmy z okazji aby rozpalić ognisko z wyrzuconego przez morze drewna,
poleniuchować i ugotować co nieco.
Zwykle parę km dalej droga wyrzucała nas na wysokie górskie przełęcze, czasem nawet
powyżej pułapu chmur, gdzie panował już zupełnie inny klimat i inne widoki, by
następnie gwałtowną spiralą spaść znowu nad brzeg następnego fiordu.
Przysięgam, że można śmiertelnie się zakochać w tym zmiennym krajobrazie...
Za każdym winklem wybrzeże Fiordów Zachodnich odsłaniało jakąś nową niespodziankę -
a to wyrzucony na brzeg wrak statku,
a to resztki orki czy innej morskiej padliny,
a to znowu ponad 300-tu letnie ruiny rybackiej chałupy.
My jednak nastawiliśmy się na poszukiwanie rdzennych mieszkańców wybrzeża czyli fok,
których podobno sporo tapla się w tych rejonach. Jakieś małolaty w rybackiej wiosce
skierowały nas na totalne odludzie - leżącą na końcu półwyspu Selardalsheidi osadę
Selardalur. Stoi tam sobie maleńki betonowy kościół oraz pozostałości po domu i
zagrodzie artysty rzeźbiarza z początku XX w.
Foki oczywiście znaleźliśmy tyle tylko, że z betonu. Były to dzieła mistrza -
prymitywisty, ulepione z tego trwałego tworzywa. Teraz przynajmniej zapamiętamy do
końca życia, jak jest "beton" po angielsku...
Za to znacznie lepiej nam poszło z poszukiwaniami innego charakterystycznego zwierzaka
Islandii. Na wysokim klifie płw. Latravik, czyli Najbardziej Wysuniętym Na Zachód
Punkcie Europy (300 km od brzegów Grenlandii), odwiedziliśmy potężną kolonię ptaków,
zamieszkałą m.in. przez maskonury - całkiem sympatyczne ptaszki, które na dodatek w
ogóle nie boją się ludzi.
Trzymając się dalej wybrzeża, zasuwamy w stronę płw. Snaefellsnes - ciągle mamy nadzieję
zapolować na foki. Po za tym na wybrzeżu łatwiej znaleźć dogodne miejsce na nocleg, opał
i inne atrakcje, np. okrągłe pływaki z sieci rybackich, którymi można pograć w kręgle na
plaży.
Niestety nie dane nam było objechać płw. Snaefellsnes. Kawałek za rybacką osadą Saurbaer,
Afryka zrobiła ciche "klik" i w dalszą drogę potoczyła się na luzie, ciągnąć za sobą po
jezdni koniec urwanego łańcucha... Oczywiście mieliśmy ze sobą zapasową spinkę i
potrzebne narzędzia, ale prawie połowa wewnętrznych ogniw była mniej lub bardziej
popękana, więc łańcuch nadawał się co najwyżej na choinkę lub na mecz ligi okręgowej.
Wyglądało to na efekt bliskiego spotkania z jakimś głazem w interiorze, na szczęście
Wielki Manitou sprawił, że łańcuch ostatecznie rozsypał się w bardziej cywilizowanych
rejonach - ok. 180 km przed Reykjavikiem.
Nie pozostało nam nic innego, jak tylko wywalić niepotrzebne graty, zapiąć Afrykę na smycz
i zasuwać zaprzęgiem w stronę stolicy Islandii. Pominę opisy atrakcji jakich było nam dane
doświadczyć, w czasie holowania obładowanym Transalpem, obładowanej Afryki po luźnym
szutrze... Kilkanaście razy zakopywaliśmy się po osie. Kilka razy chcieliśmy zawrócić
zaprzęg w przekonaniu, że dalej się nie da i ch...j! Napiszę tylko, że było PRZESRANE
- wystarczy? Na szczęście udało nam się szczęśliwie dotelepać te 180 km pod sam
Reykjavik, gdzie zmordowani rozłożyliśmy się na nocleg tuż przy autostradzie.
Następny dzień spędziliśmy na wytrwałym zwiedzaniu miasta, ze szczególnym
uwzględnieniem warsztatów i sklepów rokujących nadzieje na posiadanie w ofercie
łańcucha do Afryki. Następnego ranka potoczyliśmy się raźno w dalszą drogę, lżejsi
o całą kupę szmalu zamienioną na nowiutki łańcuch...
Z racji zagrożenia budżetu wyprawy, rezygnujemy z odwiedzania Błękitnej Laguny
(wstęp 1000 ISK, a po za tym totalna komercja) i z podglądania wulkanu Hekla
(gratis, ale za daleko, a po za tym już nie dymi). Zasuwamy National Highway
No 1 na wschód - spokojnie kontemplując mijane cuda natury. A było co kontemplować,
jako że "Ring Road" bynajmniej nie omija ciekawych miejsc, jak np. przepiękne
wodospady Seljalandsfoss, czy Skogafoss.
Odwiedziliśmy też położony całkiem na południu wyspy płw. Dyrholaey, gdzie z wysokich
klifów podziurawionych jaskiniami, roztacza się piękny widok na ocean i zatokę
okoloną szerokimi czarnymi plażami.
Dalej na wschód rozciągają się skalne labirynty pola lawy Eldharun porośnięte
ciemnym mchem i pagórki Land-brot, które wbrew nazwie wcale nie kojarzą się z
chlebem, tylko z czymś zupełnie innym hehehe... (niestety, na tym jedynym zdjęciu
nie bardzo widać, że chodzi o cycki :) )
W miarę zbliżania się do lodowca Vatnajokull pogarszała się pogoda - ta ogromna masa
lodu dość ciekawie działa na klimat; na południe od lodowca suma rocznych opadów
przekracza 4000 mm, a na północ od niego są miejsca, gdzie nie sięga nawet 50 mm.
U stóp samego Króla Lodowców rozciąga się niesamowita, rozległa pustynia czarnego
wulkanicznego żwiru, gęsto poprzecinana srebrnymi wstążkami spienionych lodowcowych
rzek, czyli Skeidararsandur. Na wschodnim krańcu tej krainy leży wspaniały park
krajobrazowy Skaftafell, skąd można wyruszyć na zwiedzanie samego lodowca.
Dalej na wschód leży niesamowita laguna Jokulsarlon, gdzie od lodowca odrywają się
wielkie odłamy lodu i powoli i majestatycznie spływają do oceanu, żeby zapolować na
kolejnego Titanica.
Nas jednak droga wiodła dalej na wschód - po 3 tygodniach na wyspie zbliżał się już
czas powrotu do domu. Jako, że oddaliliśmy się już nieco od lodowca Vatnajokull,
pogoda znacznie się poprawiła i mogliśmy w pełni rozkoszować się pomykaniem brzegami
fantastycznych fiordów po wschodniej stronie wyspy.
W końcu nadszedł czas i w czwartkowy ranek 31-ego lipca, żegnani przez wspaniałą
tęczę nad wejściem do fiordu, załadowaliśmy na pokład promu.
Po 3 dniach żeglugi, 20 godzinach jazdy i naprawie gumy 15 km od rodzinnego miasta,
nieludzko skonani dotarliśmy do domu. Przywieźliśmy ponad 300 zdjęć, parę muszelek i
kawałków morskiej gąbki, trochę wulkanicznych kamyków, niesamowite wspomnienia i
wirusa ospy wietrznej.
To i owo na temat.
Przejechaliśmy w miesiąc ponad 6000 km, z czego prawie 4000 po wyspie, głównie po
szutrowych drogach. Wydaliśmy po około 1900 zł, nie licząc promu i awaryjnego wydatku
na łańcuch. Dla redukcji kosztów nocowaliśmy wyłącznie na dziko i jedliśmy głównie
przywiezione z kraju produkty, dokupując tylko to co konieczne, żeby nie paść na
szkorbut czy inną awitaminozę.
Drogi.
Podział dróg jest jasny i czytelny: te z literą F lub 3 cyfrowym oznaczeniem to kiepskie
drogi gruntowe. Jeżeli droga ma w symbolu literę F i jednocześnie 3 cyfry, to jest to
szlak wyłącznie dla aut terenowych. Pozostałe są w miarę niezłe i przejezdne dla
sprzętu typowo szosowego, chociaż trzeba się liczyć z koniecznością hasania po
szutrze nawet na drodze nr 1.
Czas.
Wyspy Owcze: -1 h C.E.T.,
Islandia: - 2 h C.E.T.
Portem macierzystym promu Norrona jest Torshawn na Wyspach Owczych, więc zaraz po
załadowaniu się na prom "cofacie" się o 1 h w czasie.
Ceny
Połączenie promowe z Danii (podobno jedyne, chociaż słyszałem plotki, że ze Szkocji też
coś pływa), w jedną stronę, w tzw. sezonie wysokim, czyli od 13.06 do 29.09:
336 EURO / 1 miejsce w kuszecie + 110 EURO za motocykl.
Nie skomentuję tej kwoty...
Paliwo: 98/95 Pb = 100 ISK " 5 zł/l.
Wiele stacji benzynowych działa wyłącznie w trybie automatycznym - płaci się w nich
tylko kartą płatniczą, ale bezboleśnie akceptowane są w nich popularne u nas VISA
Electron, czy Maestro.
Chleb: średnio 200 ISK " 10 zł, w dużych supermarketach można trafić za 6 zł.
Nocleg: pole namiotowe ok. 30 zł, ale podobnie jak w całej Skandynawii
obowiązuje tu allemanasrat; tzn. można przenocować wszędzie poza
terenami prywatnymi i zielenią miejską za darmo, z czego skwapliwie
korzystaliśmy.
Sanitariaty są dostępne na polach namiotowych i stacjach benzynowych
za darmo.
Jeżeli chcecie się trochę rozgrzać, to poszukajcie koniecznie basenu, lub sadzawki
geotermalnej. Niektóre dostępne są za darmo, za inne płaci się ok. 10 - 15 zł, bez
limitu czasu.
Łańcuch do Africa Twin: 240 EURO...
Coca-Cola 2 l. itp.: ok. 10 zł, ale woda w strumykach i kałużach jest za darmo.
Piwo: lepiej zapomnijcie, albo weźcie ze sobą z kraju
Jedzenie w knajpach: j.w. (sorry - jesteśmy raczej klasą robotniczą i nie w głowie nam
były takie zbytki)
Co wziąć
Bierzcie to co wam potrzebne w chłodnych i deszczowych krainach, sami pewnie dobrze
wiecie co. Nie będę nikomu głowy zawracał szczegółowymi listami, ale zwróćcie uwagę na:
ˇ Ciepłą czapkę, turban, beret lub cokolwiek, bo w kasku niewygodnie się łazi po górach.
ˇ Ci którzy myślą, że bardzo drogie ciuchy motocyklowe, z różnistymi membranami i
innymi wodoszczelnymi wynalazkami, są naprawdę WODOSZCZELNE, będą mieli okazję się
przekonać, że nie są... Tylko dobry przeciwdeszczowy "kondon" zasługuje na to określenie.
ˇ Krem do opalania z wysokim filtrem (nie żartuję) i kąpielówki
ˇ Solidny namiot (wzmocnione szycie, metalowe stopki i pręty z GFK średnicy 8-10 mm)
i specjalne szpilki do namiotu, umożliwiające ich wbijanie młotkiem w kamienistą glebę
bez pogięcia (niezły jest hand-made z drutu z cięgien do semaforów, lub dobrej stali
sprężynowej)
Sam objazd Islandii dookoła jest możliwy nawet typowo szosowym sprzętem - widzieliśmy
tego sporo, od CX500 do Laverdy SFX1000. Ale jeśli nastawiacie się na zwiedzanie
interioru to przyda wam się:
ˇ Solidne gmole i miska chroniąca silnik (dobrze zrobione i przemyślane rękodzieło
ludowe jest znacznie lepsze niż kupione za gruby szmal wymyślne ozdoby)
ˇ Lina asekuracyjna (lub holownicza, w zależności od potrzeby)
ˇ Coś na kształt woderów do forsowania bardziej wymagających brodów. Zrobiłem
sobie coś takiego z kombinezonu przeciwchemicznego OP3, kupionego na bazarze za
30 zł i świetnie się sprawdziło.
ˇ Zestaw do naprawy połamanych klamek, urwanych linek, przebitych dętek, urwanych
szprych i łańcuchów itp. przypadłości losowych. Na totalnym bezludziu trudno jest
liczyć na czyjąś pomoc więc lepiej targać ten majdan ze sobą.
ˇ Siatka lub "okulary" z pleksi chroniące reflektor - jazda za kimś po szutrze
dostarcza czasem podobnych wrażeń co ostrzał śrutem przez pijanego gajowego.
ˇ Odpowiednie kapcie. Mieliśmy Dunlopy K750 - stary model, ale daje radę na
asfalcie, szutrze i od biedy w terenie. Niestety zjechaliśmy je do zera w czasie
tej trasy.
ˇ Zdrowy rozsądek. Dobre przygotowanie nawigacyjne i odpowiedni zapas paliwa też
nie zaszkodzi.
ˇ Kumpel na którego można liczyć. Nie zapuszczajcie się w interior solo -
tubylcy opowiadali nam, że co roku po kilku takich śmiałków zostaje tam na zawsze...
Czego się można nauczyć.
ˇ Różnych technik przejeżdżania przez wodę
ˇ Jazdy trialowej ćwierćtonowymi motocyklami
ˇ Rozbijania namiotu w sztormowych warunkach
ˇ Oszczędzania na wszystkim co niepotrzebne
ˇ Odpowiedzialności za wszystkich w zasięgu wzroku