Strona:   1   2   3   4   5   6     poprzednia   następna 


Dzień 23 (160km) Czarnogóra


Z rana jadę do zaznajomionych dzieciaków do Stari Bar na sok. Pytają gdzie reszta ekipy z którą byłem ty 3 tygodnie temu. Są smutni że tylko mnie widzą. Na planowany tu do Czarnogóry wyjazd zimowy autem, biorę w razie czego jeszcze telefon domowy do Bogdana.


Edo

A w maluchu mama Edo.

Bogdan

 


Z Baru kieruje się wybrzeżem w stronę Dubrownika. Rano ma być grana kawa ze kolejnymi znajomymi. Po drodze zbaczam na Cetinje. Starą stolice Montenegro..


Edo

A w maluchu mama Edo.


To nie ślady po wojnie, której w zasadzie Czarnogóry nie dotknęła. Po prostu opuszczone domy

Mieści się tam narodowe muzeum państwa czarnogórskiego. Od czasów 4000 lat p.n.e. do czasów współczesnych. Udało mi się ustalić że ludy które jako pierwsze zaludniały te tereny około 6000 lat temu pochodziły z terenów dzisiejszej Małopolski, Karpat i Ukrainy zachodniej. Podobnie zresztą jak Chorwaci


Muzeum Czarnogóry

 


Pomnik rosyjskich astronautów. Z tyłu ambasada rosyjska, które to mają największe gmachy ze wszystkich ambasad w byłej Jugosławi.

Z Cetinje kieruje się do parku narodowego Lovcen skąd rozciąga się widok na Bokę Kotorską.. Widoczki rekompensują padający od rana deszcz. Tu jest naprawdę przepięknie!



Z Lovcen zjeżdżam z 1382 metrów mnp na 0 mnp do Kotoru. Czały czas pada Deszcz. Nie zatrzymuje się i dojeżdżam na kawę i piwo do Perastu.


Monastiry na wysepkach

 


Po zmroku docieram do Baosici, gdzie znajduje kemping za 4eu za namiot. Po zjedzeniu dwóch palicinek idę spać.

Dzień 24 ( 80km ) Czarnogóra Chorwacja


Rano łaże po murach w Herceg Novi, potem 30km i jestem w Dubrowniku.



Tu spotykam się ze znajomymi z Warszawy. Z Magdą i Piotrkiem. Gdy przyjechałem, oni zwiedzają mury obronne miasta. Daruje już sobie zwiedzanie murów Dubrownika po raz kolejny, i czekam na nich w motocyklowej knajpie nad miastem. Ceny sięgnęły już chyba zenitu w Chorwacji. 1,5L coca coli 10zł w małym sklepiku poza starym miastem, a na starym mieście 18zł za 0,33 najtańszego piwa


 

Włoch od Harleya uzupełnia olej


Pomimo cen siadamy na małe co nie co w knajpie nad samym morzem na skałach. Po piwkowaniu dopadła nas burza, dzięki której przez stary gród Dubrownika popłynął 30cm głębokości strumień przez samo centrum. Po burzy idę po motor i na kwatiri. A tu proszę, na zegarach Afryki mandat. Zaparkowałem w płatnym miejscu. 100 kun opłaty. Mam nadzieje że mnie wpuszczą jeszcze kiedyś do Chorwy, jak go wywalę do kosza. Idziemy spać.

Dzień 25 (250km) Chorwacja Bośnia


Z rana pakowanie kufrów do motocykla. Żegnam się ż Piotrkiem i Magdą i udaje się na przejście graniczne koło Dubrownika z Bośnią.
Przejście jest malutkie, ukryte w górach wiec odprawa zajmuje kilka sekund. Kierunek - Sarajevo. Lecę pomiędzy górami zupełnie pustymi drogami. Mijam knajpy gdzie na rożnie piecze się cały baran i dzik. Później trasa biegnie kanionem którym jechałem trzy tygodnie temu jadąc z Bośni do Kotoru. Znowu super widoki i przyroda nietknięta rękami człowieka.
Tak docieram do stolicy Bośni.


Targ w centrum

 


Sarajevo ma niesamowity klimat. Czuć, że wisi tu coś w powietrzu. Powojenne ślady, wszędzie stojące meczety, muzeumańskie cmentarze, targowiska, wąskie uliczki, prześliczne jak nie najładniejsze kobiety na Bałkanach, długo by tu wymieniać. Przeszywa mnie dziwna energia, nie pozwalająca zapomnieć tego miejsca. Same miasto jest położone tuż przed wysokimi górami, które osłaniają miasto od strony wschodniej.
Wieczorem w samym centrum, w najstarszej części miasta znajduje hostel. Poznaje w nim dwie przemiłe, młode Bośniaczki które pracują na zmianę na recepcji. Pytam o pokój i miejsce parkingowe dla Afryczki, ale nic wolnego nie ma. Po zaprzyjaźnieniu się i wypaleniu kilku papierosów znajduje się jednak mały pokoik na strychu, dokładnie to jest to suszarnia. W zasadzie nie potrzebuje żadnych luksusów więc idę się rozpakować. Biorę prysznic i wybywam na nocne zdjęcia.



Szwędam się bez sensu po ulicach Sarajewa, zachwycony klimatem tego miejsca. Byłem tu rok temu i jeszcze nie raz tu wróce.
Po powrocie z nocnego fotografowania, korzystam z zaproszenia od poznanych Bośniaczek i idziemy na piwo do klubu. Balujemy całą noc. Nad ranem położyłem się spać.

Dzień 26 (400km) Bośnia Serbia


Zwlokłem się z wyra koło 12:00. Za oknem leje deszcz. Idę na dół do dziewczyn na Cole i papierosa. Nic mi się nie chce, a planowałem dziś dojechać do Belgradu. No nic. Żegnam się i ruszam o 13:00 w deszczu w drogę. Jadę najpierw w stronę Srebrenicy. Jak ktoś ogląda cokolwiek telewizje to będzie wiedział o co chodzi. Droga prowadzi przez stare i opuszczone kopalnie miedzi i ołowiu.



Docieram to Srebrenicy. Oczom nie wierze. Miasto wygląda jak by wczoraj przestali się strzelać z Serbami. Co drugi dom opuszczony, wiele innych zrównane z ziemią. Ośrodek sportowy, dom handlowy, restauracje wszystko zbombardowane. W Piekarni kupuje dwa burki, pani odgrzewa mi je w mikrofali.


Bośniacy w mieście patrzą na mnie jak na UFO. Chyba turyści tu nie docierają, a warto mieć swoją wiedze niż tą zakłamaną i nie prawdziwą z radia czy telewizji.

W blokach popalone mieszkania, choć pomimo tego zamieszkane. Wszystko okopcone i ostrzelane.
Serce pęka jak sobie wyobrazić co tu się działo.
Tuż za miastem znajduje cmentarz. Nie wiedziałem w ogóle o jego istnieniu, ale przeczuwałem, że 10 000 wymordowanych Bośniaków przez Serbów,
muszą mieć po sobie jakąś pamięć.
Cmentarz przypomina cmentarz orląt we Lwowie. Jest niemal zupełnie nowy. Ciągle znajdowane są zbiorowe mogiły po zbrodni.
W miarę przesuwania się w głąb cmentarza widzę coraz świeże nagrobki. Na początku są kamienne, dalej te nowsze są z drewna.


Jeszcze nie zakopane do końca trumny można znaleźć między alejkami, ułożonymi w bliżej nieokreślony sposób. Są w kształcie łuków, które się przecinają. By dojść z początku do końca trzeba się nagimnastykować i nachodzić jak w labiryncie.
Przy murach cmentarza jest budka z pamiątkami. Kubki, smycze, T-shirty. Sam nie mogę zdecydować co wybrać. W końcu pomaga mi miła starsza sprzedawczyni, i kupuje koszulkę z nadrukiem, i jak się okazuje wyprodukowaną w Olsztynie. Mówię pani, że ta koszulka tak jak ja jest z Polski. Babeczka złapała się za głowę, że tak daleko od ojczyzny na motorze. Szok!
Pakuje koszulkę do kufra, zakładam kask i kierunek Belgrad.


Przydrożny domek.


Na granicy Bih - Ser policja i urzędasy graniczne pytają mnie coś o futbol. Ja że się nie znam zbyłem ich że niby nic nie rozumiem. Pewnie chodziło im o późniejszy mecz Polska - Serbia.
OK. Jestem w Serbii.
Po przejechaniu 250km od Srebrenicy wjeżdżam po ciemku już do Belgradu. To jedno z najstarszych miast w europie. Tu się kończą uroki małomiasteczkowych Bałkanów. Półtora milionowa stolica Serbii to moloch jak Warszawa. Bank na banku, co krok stacja benzynowa. To pierwsze wrażenie po wjechaniu do miasta. Znajduje nawet przypadkiem otwartą o dziwo o 20:50 informacje turystyczną, gdzie biorę namiar na tani hostel.
Znajduje go, dostaje pokoik. Szybki prysznic, i jadę na miasto zobaczyć co tu się dzieje.



Sporo starych kamienic, długi deptak przez centrum, liczne kafejki i bary, park. Siadam na browarka.
Sam jestem z dużego miasta i jakoś mnie ten Belgrad niczym nie zafascynował specjalnie, Choć miasto ma bardzo długą i starą historie. Może jutro coś się odmieni. Podczas powrotu do bazy dwa razy próbowali mnie rozjechać, totalnie nie przyjemne miasto dla motocykli. Kupuje na wynos jeszcze jedno piwo i idę spać.





Dzień 27 (900km) Bośnia Węgry Słowacja Polska


Od rana deszcz deszcze deszcz. Wszędzie mega korki. Zajeżdżam do centrum na kawe i burka. Znajduje nawet burka ze szpinakiem. Pycha !
Ze zdjęć w deszczu niewiele ciekawego wychodzi. Kilka budynków rozwalonych po ostrzeliwaniu przez NATO.



Jadę na Novi Sad, Subotice. Zaraz po wyjechaniu za obrzeża miasta na trasie stoją bramki od opłat przejazdowych. W sumie koszt przejazdu od Belgradu do granicy z Węgrami podwoił się. Do kosztów paliwa trzeba doliczyć drugie tyle opłat za drogi które nie są autostradami, ani drogami ekspresowymi. No trudno. Chce się jechać, trzeba płacić. Deszcz nie przestaje padać.
Na granicy Bałkanów i Uni europejskiej szukają mi narkotyków w kufrach podróżnych. Świry. Potem dorwała mnie policja ze łamanie przepisów na autostradzie. Przekroczyłem prędkość o 30kmh, i wyprzedzałem z prawej strony auta. Dostałem 10 000 forintów mandat i sobie pojechali. Mam go niby zapłacić na poczcie. Phii
Po przejechaniu 400km jestem w centrum Budapesztu. Korki korki korki. Udało mi się wskoczyć przed jadącą na sygnale karetkę i przejechać tak pół miasta.
Obieram w Budapeszcie drogę numer M3 i dalej jadę do Miskolc. Dalej na Słowacje, przez Koszyce, przejście graniczne w Barwinku i...
jestem w Polsce !! Przestało padać w końcu. Kieruje się na Krosno, i dalej w kierunku na Rzeszów do miejscowości Strzyżów, gdzie czeka komitet powitalny, szczegóły poniżej.



Jestem u moich znajomych, pijemy piwko, coś tam po krótce opowiadam. Za mną 900km jazdy w deszczu ile wlezie, byle dziś być już w Polsce.

Dzień 28 ( 330km ) Polska


Pobudka. Uwaga na oblegające moje łóżko koty. Jemy wspólnie śniadanie i jadę na Warszawę. Wycieczka dobiega końca. Ostatnie 300 km. Mam na dłoniach odciski od kierownicy jakich nigdy nie miałem. W Afryce kończą się opony, mimo że zakładałem nowe przed wyjazdem.
O 20:00 jestem w domu. Dojeżdżając do Stolicy cały wyjazd przewija mi się przez głowę. Jedno jest pewne. Bałkany działają jak narkotyk. Już planuje jak by tam w zimę kombiakiem wyskoczyć na parę dni. Ehh





Podsumowanie:
Cała trasa 10 000km. W tym 600km na promie. Odwiedziłem 12 krajów, w tym azjatycką cześć Turcji.
Motocykl: Tylna opona już w drodze powrotnej dawała mi znaki, że bieżnik się kończy. Przód jeszcze około 4mm. Wymienione łożysko koła w Kosovie padło znowu po 8000km. Całe dodatkowe wyposażenie spisało się na medal. Tj: grzane manetki, torba Oxford, siedzenie, kufry, wysoka szyba.
Finanse:
Koszt paliwa: około 2700zł. Przeprawy promowe 800zl. Wizę do Turcji 40zł. Do tego drobniejsze opłaty typu: drogi w Serbii, winietka na Węgry, wiza do Albanii.
Refleksje:
Co by się za bardzo nie rozpisywać.
Polecam wszystkim Bałkany, te zachodnie jak i wschodnie. Różnorodność ukształtowania terenu, ludzie, i wszystko co powoduje, że chcę tam wracać co roku.
Turcja to kolejny zupełnie oddzielny temat. Nawet dwa miechy by nie starczyły by zobaczyć wszystko co ciekawe.
Grecja: klimat na wyspach jest przepiękny. Ateny też niczego sobie. Reszta lądu już nudnawa.

Do zobaczenia za rok!

Tekst: Marcin RAMBO Malec
Zdjęcia: Autor i Przyjaciele



Strona:   1   2   3   4   5   6     poprzednia   następna