Africa Twin Adventure Vikend



ATAV 12.05-14.05.2006



Co?
ATAV 12.05-14.05.2006 (Africa Twin Adventure Vikend)
Gdzie?
Miejsce bliżej nie określone w kraju Czeskim.
Więcej danych: http://www.africatwin.cz/atav06.asp

Wyjechaliśmy z Wrocławia w 2 sprzęty i 3 osoby. Izi na Afryce Demon Twin (czyli JA) oraz Tool i Paulik na Suzuki Stuki Póki DR800 (po co Suzuki na zlot A.T. tego do tej pory nie wie nikt).
Plan był prosty przed zlotem spotykamy się z Podoskiem, Kotem i Kajtkiem oni napierają na trzech Africach ze Śląska. Leciał jeszcze Greton z panną Gretonówną, ale oni wyruszali z Wrocławia wcześniej. Jak my wyjeżdżaliśmy to oni już na ATAV-ie szaleli. Po drodze zahaczamy o chatę wuja Toma (czytaj: Sqwera), to już w Czechach. Może się go da namówić jednak na wyjazd na zlot (przecież ma/nie ma podobno KTM-a, ale czy go ktoś widział? :)). Niestety nie udało się. Tłumaczył się tym, że jego nowo zamówiony KTM nie dotarł jeszcze, a stary stoi już w komisie. Jak autem pojedzie to się wszyscy będą śmiali i miał rację, tak by oczywiście było. W sumie każda wymówka jest dobra. :)

Chłopaki już z niecierpliwością czekają


Ruszamy i docieramy do chłopaków chyba koło 24.00 po małym jedzonku i błądzeniu (to okazało się w ten weekend częste, jak zawsze gdy nie zabierzemy mapy). Szybkie powitanie i ogień na ATAV. Tam już Greton czeka i panna Gretonówna zadowoleni, czyli będzie czad. Logowanie do domków które mamy zarezerwowane dzięki uprzejmości głównego mąciciela Hajnego.

To jest jedyne zdjęcie na którym udało się sfotografować Hajnego (taka tajemnicza to postać), zaznaczam, że Hajne nie jest w czerwonym polarze


I co tu robić. Iść spać? Nieeee, to by było za proste. Jakaś impreza by się przydała. Jak impreza to musi być jakaś okazja. W tym momencie Tool mówi nieśmiało, że ma dzisiaj urodziny. No to się będzie działo i działo się (było nawet z 11,5 minuty takie, że wybaczyliśmy mu, że przyjechał na Suzuki Stuki Puki). Powiem tak było super, hiper, czad ale (bo zawsze musi być jakieś ale) Tool postawił na SWOJE urodziny (URODZINY) ½ (słownie: pół, jedną drugą, nie całą) butelkę wódki.

Słynne już pół (słownie: pół) flaszki Toola, trzeba mieć tylko nadzieję, że nie stanie się to tradycją.


Tyle to my wypijamy jadąc rano do pracy lub w niedzielę na zakupy. Chyba jego dziadek jeździł dorożką we Lwowie i jest to baciar straszny. :) Mam podejrzenie ze jego szacowni przodkowie są krzyżówką Poznaniaka i Krakusa najechanych w wiekach średnich przez Szkockie klany. Gwoli wyjaśnienia dodam że poznaniacy to ci którzy leją herbatę z meniskiem wypukłym, żeby się cukier nie zmieścił, zaś krakowiacy to ci którzy wynaleźli drut. Znaleźli złotówkę… . Co maja z tym wspólnego Szkoci? To poznaniacy na wygnaniu.
Z tego miejsca chciałbym kolegów Czechów (i Słowaków też zdaje się) przeprosić za to że zachowywaliśmy się troszeczkę głośniej niż zwykle. No i że najprawdopodobniej obudziliśmy kilka osób (ginie to w pomrokach dziejów) odpalając o 3 lub 4 rano sprzęty. Ale to było działanie niezamierzone, ba powiem nawet ze nieświadome, a poranny widok zakopanej po ośke Afryki nasuwał podejrzenia o nocnej wizycie zielonych ludków. Podobno chcieliśmy tylko zrobić mały rekonesans. aby zapoznać się z trasą jaka z rana na nas czeka (ale nie dane nam było). Pobudka o 7, śniadanko, roadbooki w garść, zdjęcie grupowe (fajnie wyszło) i dalej na trasę.

Tu nie jesteśmy do końca zgodni czy Kot czyta roadbooka, czy wysyła sms-a „Ratunku!”


Trasa urozmaicona. U nas dwóch jechało z plecaczkami/panienkami, a jeden nigdy nie widział terenu. Po ATAV tak zachorował, że na asfalt nie można go zapędzić. (brawo Podosek). Zemścił się jeszcze potem strasznie, wyznaczając trasę Rajdu Błędów gdzie niejednemu afrykańskiemu wyjadaczowi szczeka opadła, o stratach sprzętowych nie wspominając.
Przygody na trasie, a jakże.
Greton z panną Gretonówną spadł w przepaść, ale Africę wydobyliśmy.


Któraś tam kolejna już Gretona gleba, po 10-tej przestaliśmy liczyć, brak palców


Kajtek po „malutkim„ dzwonie miał podejrzenie złamania 3 palców u nogi, ale skończyło się szczęśliwie (:)tylko dwa złamane ha, ha :)) i dojechał do końca. Próbował się jeszcze utopić w bagnie (nieobowiązkowym), ale sztuka ta się nie udała i musiał niestety jechać dalej.


Ulubione zajęcie Kajetana, taplanie się w błocie.


Podosek chciał jeszcze parkować na nasypie kolejowym (miedzy jednym a drugim torem to akurat nie zamierzone), ale szczęśliwie wybiliśmy mu to z głowy. Potem jeszcze się uparł żeby wozić trawę do domu zainstalowaną pomiędzy gmol a motor.


Podos postanowił ukryć w czeluściach Africy i przemycić kawał czeskiej ziemi


Kot złapał gumę x2 i przez to nie wygraliśmy ;)
(tu można napisać poradnik zmiany opon ale po co przecież wszyscy wiedzą jak to się robi)

Kot z tym gwoździem to przegiąłeś Dobrze że mieliśmy pomocników gotowych na wszystko


Nie no Kot znowu ile możnaBuduar rulez


Jedna brzydka Czeszka chciała nas z flinty ustrzelić za zakłócanie ciszy i jeżdżenie po JEJ terenie (znów chyba zabłądziliśmy?). :)

O i znów zabłądziliśmy


W ogóle do tej pory nie wiem jak to się działo, ale kilka razy zdarzyło się, że Hajnemu i jego ekipie wyjechaliśmy naprzeciw. Hajne nas opierniczał -„Czytać roodboka, a nie jechać na pałę!!!”. Tu winne było (według nas oczywiście) tłumaczenie Sqwera. Cały czas tłumaczyliśmy, że nic nie rozumiemy z tego i dlatego błądzimy. Na coś trzeba zwalić było a co. Problemy cholerne mieliśmy z powrotem, bo nie dość że się pogubiliśmy (jedni chcieli wracać asfaltem inni off-road).


Skrótem bliżej (miało być)


To jak się okazało nikt nie pamiętał nazwy gdzie odbywał się ATAV. Wszystkie namiary, telefony, kontakty zostały na zlocie, co by dryndy odciążyć, jeden telefon się znalazł, ale zaraz padł. Po dwóch czy trzech godzinach kręcenia się po okolicy (generalnie to Czechy fajny kraj i ciekawy, to se pozwiedzaliśmy) trafiamy na jakąś tubylczą Africę z jeźdźcem też tubylczym. Koleś po małym „O co tym oszołomom chodzi, przecież wszyscy wiedzą gdzie jest zlot A.T.” prowadzi nas na zlot (blisko już byliśmy jeszcze ze dwie godziny przeczesywania terenu i byśmy sami trafili). Wieczorem znowu ogień a tu miłe zaskoczenie ze strony organizatorów, za co należą im się gorące brawa. Mr. Popelino (kto był to wie, kto nie był i tak nie zrozumie) który nas nieźle rozbawił to był gwóźdź programu, a dalej poszło jakoś samo. Wieczorny pokaz slajdów z ATAV robionych przez uczestników dał nam odczuć że w kilku miejscach nie byliśmy chyba. W ramach dywersji dali nam chyba jakiś wybrakowany roadbook żebyśmy na pewno nie wygrali.


Ale nie z nami takie numery Bruner


Inny oszołom pokazywał też zdjęcia jak z Władywostoku Beemką wracal do Polski – niezły kawał zakręta. Czesi pokazali nam jeszcze film z Rajdu XL gdzie motorki od 650ccm w góre startuja w offroadowym rajdzie. No, no – tym razem nam szczęki opadły i od razu się zapisaliśmy na ta przejażdżkę.
Przezornie kluczyki do moto oddaliśmy najbardziej odpowiedzialnej osobie (a to dobre, odpowiedzialnej!), co by nas nie poniosło znowu w teren (u ha, ha), no i oczywiście żeby inni wyspać się mogli. Tu muszę przeprosić kolegę (zapomniałem imienia się przyznaję) Mira z Bratysławy na srebrnej Afryce za ochlapanie błotem na trasie.


Najlepiej przemalowana Africa na ATAV, BRAWO.


Widziałem jak wieczorem ze stoickim spokojem wybierał błoto z kasku i gaci :) Pełen luz. Miłość i pokój i oto chodzi. Potem tradycyjnie czyli nuda:) opowieści do białego rana i takie tam. Przez naszą ekipę za opowieść o wyjeździe w 2005 roku PetrXRV został ochrzczony pseudonimem „Mongolia” mam nadzieję że bardzo się nie obraził:) No i Kajtek musi oddać browara który z rozpędu wypił PetrowiXRV (już czeka i się chłodzi, browar nie Kajtek). BMW to dalej zły motocykl, KTM może w ostateczności jak już nic nie ma być, najlepsza jest oczywiście Africa Twin :) :) :)

Dobrze że śniadania mieliśmy wykupione z góry. Walka o nagrodę „Kata zlotu”


To tak na szybko. Podziękowania dla Hajnego że nie bał się nas zaprosić, byłem w życiu na dwóch czy trzech imprezach:) ale ta była jedną z lepszych. Koszty takie jak u nas 5-8 lat temu czyli tanio. Piwo tanie, jedzenie tanie, spanie b.tanie, panny …….. super. Podsumowując impreza fajna, nie chodziło kto będzie pierwszy, drugi i takie tam pierdy a o to aby się dobrze bawić (a tego mieliśmy przez cały weekend pod dostatkiem)
Do domu oczywiście wróciliśmy bez problemu, kolejne 1000km dobrze zmarnowane.

P.S.I
A Hajne musisz mi wybaczyć mój b.słaby czeski język (zresztą nie tylko ten:)), tak że w niedzielę nie wszystko mogłem zrozumieć (czytaj: nic) a może to kac, zmęczenie, strasne cesty (do wyboru).
P.S.II
Było fajnie tylko: MAŁO TERENU!!! :) :) :)


Jak to się w czechach sprzęty parkuje a co trzeba mieć fantazję.